kapitanoza

Jest w porządku – powiedział kapitan Larry Wheaton, startując Boeingiem 737 z Lotniska na przedmieściach Waszyngtonu 13 stycznia 1982 roku, by po chwili runąć na ziemię. Opuścić pokład – krzyczał 16 kwietnia 2014 roku Lee Joon-Seok, kapitan koreańskiego promu, kiedy jego statek właśnie tonął. Krzyczał do swojej załogi, bo pasażerom wydał wcześniej polecenie pozostania w kajutach, co na zdecydowaną większość z nich sprowadziło śmierć. Nie umiem sobie wyobrazić, co miałoby spowodować zatonięcie takiego statku – stwierdził Edward John Smith, kapitan Titanica. Ale przykłady zjawiska kapitanozy, czyli sytuacji, gdy lider podejmuje koszmarnie błędne decyzje a nikt w jego otoczeniu nie decyduje się ich podważyć – znajdziemy nie tylko w zarządzaniu środkami transportu. Kapitanoza dotyka również biznesu, medycyny, czy polityki.

Na zjawisko kapitanozy składają się dwa elementy. Po pierwsze postać samego kapitana lub też kierownika, dyrektora, prezesa – wstaw właściwe. Człowieka, który precyzyjnie zdefiniował swój cel i koncentruje się wyłącznie na jego osiągnięciu, jest absolutnie przekonany do swojej oceny rzeczywistości i ma niezachwianą wiarę we własne kompetencje, możliwości i doświadczenie, szczególnie w porównaniu z kierowanym przez siebie zespołem. A równocześnie w tym jednoznacznym zdecydowaniu rezygnuje z każdego innego spojrzenia, zróżnicowanej perspektywy, odmiennych opinii. I przede wszystkim odrzuca możliwość popełnienia błędu. Uparte parcie naprzód, bez oglądania się na boki i przy pełnym zignorowaniu rzeczywistości – to fundament kapitanozy.

Ale żeby kapitanoza mogła się w pełni rozwinąć, potrzebny jest jeszcze drugi element – właściwie ukształtowany zespół ludzi. Ludzi, którzy nie podejmują decyzji, żeby przeciwstawić się swojemu kierownikowi. Nie decydują się nawet wyrazić opinii podważającej przyjęty przez kierownika cel i sposób jego osiągania. A nawet jeśli nieśmiało zwrócą uwagę na zagrożenia lub błędną ocenę sytuacji – zbesztani szybko porzucają swoje stanowisko. Oni również podzielają wiarę w kompetencje, doświadczenie, a czasami nawet w boskie namaszczenie kapitana, w jego nieomylność. Albo też najzwyczajniej w świecie wymieniają swoją rację na poczucie bezpieczeństwa, na utrzymanie pracy, awans, bycie blisko kierownika, na dobrą, przyjemną, bezkonfliktową relację. Lub też w podporządkowaniu się, w uleganiu swojemu wewnętrznemu głosowi, który przekonuje ich, że szef ma zawsze rację – zwalniają się z odpowiedzialności.

Jest dużo eksperymentów z obszaru psychologii, które pokazują, w jaki sposób działa na ludzi siła autorytetu. Jak jesteśmy przywiązani do przekonania, że ludzie na odpowiednim stanowisku, z odpowiednimi atrybutami władzy i kompetencji na pewno mają rację i należy wykonywać ich polecenia. Ale w kapitanozie chodzi jeszcze o ten drugi element. O posłuszny zespół. O ludzi, którzy wiernie podążają za swoim kapitanem na zderzenie z górą lodową. I nawet widząc, jak wyłania się ona tuż przed nimi, dalej posłusznie wpatrują się w swojego szefa. Wbrew temu, co mogą w takiej sytuacji myśleć – oni również ponoszą odpowiedzialność za katastrofę.