o co chodzi w motywowaniu

Motywacja stała się kamieniem filozoficznym naszych czasów. Odnalezienie tajemnej receptury na motywowanie siebie lub innych ma zagwarantować piękne i zdrowe ciało, ogromne pieniądze, nieustające podróże. Zmotywuj się a twoje życie stanie się szczęśliwe. A jeśli motywacja jest mocno przereklamowana? A jeśli wręcz w ogóle nie jest potrzebna do osiągnięcia sukcesu? A może nawet koncentrowanie się na motywacji drogę do sukcesu utrudnia…

Co odróżnia ludzi, którzy zawodowo piszą, uprawiają sport lub fotografują od amatorów? Ci pierwsi oczywiście z tego żyją, to znaczy zarabiają pieniądze pisząc, ćwicząc lub fotografując. Ale żeby tak było muszą te czynności wykonywać regularnie, w uporządkowany sposób. Jeśli będą czekać na wenę, właściwe samopoczucie, odpowiedni poziom energii, dobrą motywację to… jest szansa, że po miesiącu nie będzie ich stać na opłacenie rachunków, a po dwóch miesiącach zaczną zaliczać się do grona były profesjonalistów. Wbrew kolorowym mitom o artystycznej bohemie, większość pisarzy prowadzi dość uporządkowany, żeby nie powiedzieć nudny tryb życia, podczas którego wstają o regularnej porze, aby na kilka godzin zasiąść przed komputerem i pisać. Bez względu na pogodę, bez względu na samopoczucie i bez względu na aktualny stopień twórczej weny.

Mistrz Yoda, trenując na Jedi młodego Skywalkera, w pewnej chwili mówi do niego: rób albo nie rób. I o to cała tajemnica bycia zmotywowanym. Bo decyzja o tym, żeby poprowadzić własny biznes, mieć wysportowane ciało czy napisać książkę jest… decyzją, na którą składają się dziesiątki codziennych mniejszych decyzji o robieniu bardzo konkretnych rzeczy. Jeśli dla każdej z nich będziesz każdorazowo szukać odpowiedniej dawki motywacji, żeby podjąć działanie – wróć na kanapę już teraz, game over.

Samo zresztą pojęcie „odpowiedni poziom motywacji” jest niezwykle mylące. Pomyśl teraz o czynności, którą musisz w najbliższym czasie podjąć, a za którą nie przepadasz. Określ na skali od 1 do 10, jak bardzo jesteś zmotywowany w tym momencie do podjęcia tej czynności. A teraz odpowiedz sobie na pytanie: jaki minimalny poziom motywacji, od 1 do 10, jest potrzebny żeby to zadanie wykonać. No właśnie…

„Wyobraź sobie jaka już jesteś szczupła, zaciągnij się morskim powietrzem wysp karaibskich, rozejrzyj się po ze szczytu najwyższej góry świata – poczuj się jak wtedy gdy już osiągniesz swój cel!” – radzą mówcy motywacyjni. I nie mają racji. Wyobrażanie sobie momentu osiągnięcia założonego celu osłabia wolę dążenia do niego, ponieważ nasz mózg doświadcza tego wyobrażenia na tyle realnie, że odhacza zadanie jako zrealizowane.

Czy więc nic nie da się zrobić, żeby choć trochę sobie pomóc, kiedy w zimny listopadowy poranek stoimy przed butami do biegania, a ciepłe łóżko wciąż kusi godziną relaksującego snu? Psychologia to twój najlepszy przyjaciel!

Po pierwsze wyobrażanie sobie ma sens, tyle tylko, że zamiast wyobrazić sobie poczucie satysfakcji z osiągniętego celu – przeprowadź wyobrażeniowy trening dochodzenia do tego celu, a więc po kolei wyobraź sobie wszystkie czynności, które za chwilę podejmiesz: załóż buty, ciepły dres, wyjdź na dwór, przejdź przez ulicę do parku, rusz truchtem.

A teraz wykonaj pierwszy krok. Naprawdę głęboka mądrość zawarta jest w powiedzeniu, że nawet najdalsza podróż rozpoczyna się od pierwszego kroku. Jeśli za pierwszym postawisz drugi a potem trzeci, to wkrótce mózg złapie rytm nowej czynności, po paru minutach zaangażuje, „wkręci się”. A jeśli będzie temu dalej towarzyszyć ogromna niechęć i opór? OK, odpuść. Na dzisiaj wystarczy. Nawet zawodowcy mają takie dni, że odpuszczają. Przypomnij sobie, że przecież nic nie musisz… Wszystkie swoje „powinienem” i „powinnam” zamień na „robię to ponieważ chcę…”. Czujesz jak ciężko się biegnie z „muszę” i „powinienem” na plecach, a jak dodaje skrzydeł „chcę” i „decyduję się aby…”?

Powtórz to jutro i odrobinę przesuń granicę. Jeśli dzisiaj udało ci się tylko założyć buty do biegania, to jutro spróbuj wyjść przed dom. A jeśli to za szybko, to po prostu postój w tych butach dwie minuty. Obniż swoje oczekiwania. Pamiętaj, że przecież nic nie musisz… Startujesz z tego miejsca, z którego startujesz, z dokładnie tymi zasobami i ograniczeniami, które masz. W miejsce spektakularnych sukcesów, znacznie ważniejsze jest regularne posuwanie się naprzód. Jakkolwiek to brzmi – metoda małych, wręcz absurdalnie małych kroków, potrafi przynieść olśniewające efekty w dłuższej perspektywie.

W trakcie również nie myśl o momencie zakończenia biegu, ale koncentruj się na kolejnym kroku, na odpowiednim oddechu, który zasila w energię twoje ciało, na dobrym balansie. Dokładnie tak robią zawodowi sportowcy. Dokładnie o tym pisał Suworow, kiedy ujawniał jak szkoleni są żołnierze służb specjalnych Związku Radzieckiego – uczy się ich aby podczas długiego, niezwykle męczącego biegu przez śnieg, nie patrzyli przed siebie, na odległy cel, ale zachowując postawę ułatwiającą oddychanie, utrzymywali wzrok wbity w ziemię. Jeśli cel jest odległy, niebezpieczny, trudny do osiągnięcia – patrzenie na niego osłabia wolę. Patrz pod nogi, koncentruj się na tym, żeby dobrze wykonać następny krok.

Równocześnie szukaj w tym wszystkim przyjemności, zabawy, choćby małego kawałka pozytywnej motywacji, przyjemnej emocji, której możesz się rano uchwycić, gdy podejmujesz decyzję o zaangażowaniu się. Rób albo nie rób, ale jeśli możesz w robieniu znaleźć kawałek przyjemności, to rób z przyjemnością! Motywacja to przede wszystkim emocje, a emocje to ruch – jak zresztą sama nazwa wskazuje. A równocześnie zaakceptuj wszystkie niedogodności, cały dyskomfort, który wiąże się z robieniem. Tak, rano bywa zimno; tak, trening potrafi przynieść ból; tak, prowadzenie swojego biznesu składa się również z nudnych czynności. Ten kawałek dotyczy wielu aspektów: realizacji celów, bycia dojrzałym, osiągania szczęścia. W każdym z nich potrzebne jest zaakceptowanie tego, że częścią życia jest również dyskomfort.

Przychodził do mnie kiedyś pewien klient, który miał kłopot z motywowaniem się do pracy. Pracował w domu, raportował swojemu szefowi wyniki raz na miesiąc, a że do tego był jeszcze zdolny, więc nadgonienie pracy na ostatnią chwilę nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Przeważnie więc udawało mu się pracować maksymalnie pół godziny dziennie. Po tym czasie przerywał pracę i oddawał się czynnościom, na jakie akurat miało ochotę. Martwiło go to zarówno w perspektywie własnego rozwoju i konieczności podjęcia w przyszłości innej pracy, ale również z uwagi na taką samą niezdolność do podejmowania obowiązków domowych, co wywoływało narastające zniecierpliwienie jego narzeczonej. Spotykaliśmy się przez jakiś czas, po którym pewnego dnia mój klient pojawił się na umówionej sesji i dość niespodziewanie oznajmił: dziękuję, to wszystko, pracuję już tak jak chcę. Gratuluję, ucieszyłem się, jak pan to zrobił? Po prostu po naszej ostatniej sesji zrozumiałem, że muszę wziąć odpowiedzialność za to co robię i że nikt inny tej odpowiedzialności już za mnie nie weźmie – odparł.

W poszukiwaniu motywacji bardzo często nie chodzi o motywację. Zupełnie jak w poszukiwaniu kamienia filozoficznego.