psycholodzy pod strzechami

Do psychologa to chodzą nienormalni ludzie. Ba, studiować psychologię też idą nienormalni ludzie. A jak spotkasz takiego na imprezie, to uważaj – będzie cię analizował, przejrzy cię na wylot i wszystkiego się o tobie dowie… Na szczęście ten zestaw stereotypów powoli przestaje obowiązywać. Może właśnie między innymi dlatego, że wcale nie jest trudno spotkać psychologa na imprezie, a wizyta w gabinecie psychologicznym staje się wyrazem dbania o jakość życia.

Tę zmianę w stosunku do podejmowania pracy nad sobą w gabinecie psychologicznym widać szczególnie w młodych pokoleniach. Dwudziestolatki, które umawiają się na wizytę to norma, a nastolatki, zgłaszające się, żeby pogadać o trapiących je kwestiach, również nie należą do wyjątków w mojej praktyce. Dla nich mówienie o swoich trudnościach nie jest już łamaniem tabu, ale zwyczajnym sposobem na lepsze radzenie sobie w życiu. Może to uboczny efekt przesuwania granic prywatności, jakiej doświadczamy dzięki internetowi. Świadomość, że istnieją ludzie, którzy mają podobne problemy, to duża siła do zajęcia się nimi. W ten sposób psychoterapia staje się zwyczajnym elementem dbania o siebie, podnoszenia jakości swojego życia, zwiększania komfortu, wpisując się w modny nurt samorozwoju.

Z drugiej strony – przybyło również psychologów. W samym Wrocławiu już co najmniej 3 uczelnie wyższe wypuszczają co roku setki świeżych. W ten sposób zawód ten spowszedniał, a nic tak dobrze nie obala stereotypów jak możliwość bezpośredniego kontaktu z obiektem stereotypizowanym. Gdy więc okazuje się, że psycholog – psychoterapeuta to koleżanka z liceum, kuzyn czy współlokator, szybko niknie mistyczna aura wyjątkowości tej profesji.

Kulturowo stajemy się coraz bardziej otwarci na zajmowanie się swoją emocjnonalnością i na porządkowanie swojego życia. Przybywa też osób, które są gotowe słuchać i pomagać w profesjonalny sposób. Dobrze to rokuje na przyszłość.