strzeż się, nadchodzi kryzys w zespole

Marcin ma 30 lat. Jest managerem. Od niedawna. Może właśnie dlatego poczuł się tak kompletnie zaskoczony, gdy pewnego marcowego poranka trzy kluczowe osoby z jego zespołu złożyły rezygnację. Nagle, bez negocjacji, bez żadnego sygnału. Chociaż nie, sygnałów było wiele…

Pierwszy pojawił się w październiku, gdy okazało się, że nowy projekt jest fatalnie zaplanowany i robią się ogromne opóźnienia. W zespole pojawiły się liczne głosy o potrzebie ponownego zdefiniowania celów i harmonogramu. Te głosy Marcin zignorował. Uznał, że zmiany nie są potrzebne a wszelką dyskusję ucinał natychmiast. A szkoda, bo zauważyłby jak rośnie napięcie między członkami zespołu, którzy zaczęli nawzajem się oskarżać o rosnące opóźnienia i narastający chaos.

Chwilę później ucinanie dyskusji nie było już potrzebne. Na zebraniach mało kto zabierał głos, wypowiedzi były krótkie, nie pojawiały się nowe pomysły. Radykalnie zmniejszyła się liczba przesyłanych maili między członkami zespołu. To unikanie kontaktu pogłębiało się w kolejnych miesiącach, przynosząc rosnącą liczbę zwolnień lekarskich. Nie był to złośliwy zabieg – pracownicy naprawdę chorowali, stan permanentnego napięcia obniża odporność.

Nie oznacza to jednak, że panował spokój. Krążąca po zespole złość znajdywała swoje ujście w masie plotek, pokątnym obgadywaniu się, w tworzących się licznie podgrupach. Coraz więcej uwagi ludzi było skierowanej na kwestie zupełnie niezwiązane z celami projektu i codziennymi zadaniami.

Czy Marcin tego nie widział? Oczywiście, że wiele z tych rzeczy widział. Wiele też czuł. Głównie złość, która czasami urywała mu się spod kontroli, przeważnie w domu, co mocno niepokoiło jego żonę. Ale z jakiegoś powodu ignorował te oznaki, znajdywał dla nich nieracjonalne wytłumaczenia, powtarzał sobie, że za chwilę wszystko się samoistnie uspokoi.

Nie uspokajało się. Przeciwnie. Zespół pogrążał się w konfliktach, dezorganizacji, projekt chwiał się. Apogeum przyszło pewnego marcowego poranka w postaci trzech rezygnacji. Dopiero wtedy Marcin poszukał wsparcia u coacha.

Kryzysy są częścią funkcjonowania zespołów. Czy się na to zgadzamy, czy też wolimy temu zaprzeczać – są nieodzowne. Pojawiają się cyklicznie, pierwszy przeważnie jest najtrudniejszy. Nie spadają jednak jak grom z jasnego nieba. Zapowiada je wiele znaków: słabnąca komunikacja, unikanie kontaktu, częstsze spięcia. Coraz częściej członkom zespołu towarzyszy złość. Coraz bardziej kwestie relacji w grupie dominują nad formalnymi celami.

Co więc robią managerowie doświadczeni w zarządzaniu kryzysami? Po pierwsze zauważają sygnały. Nie ignorują ich, nie zaprzeczają im, za to analizują i rozmawiają o nich z zespołem. Na moment odsuwają na bok zadania, a koncentrują się na relacjach. Nie odsuwają problemów, nie odwracają się od nich – rozwiązują je. Jeśli brakuje im do tego pomysłu, kompetencji, energii – sięgają po wsparcie. A kiedy faza kryzysu zakańcza się, powracają do celów i zadań. Aż do następnego kryzysu. Bo on nadejdzie. Napewno.